Św. Mateusz, Caravaggio i... skandal

Choć historia sztuki to nie show-biznes, o skandale w niej nietrudno. Caravaggio to nie Nieznalska, a jednak i on ma w swoim dorobku pracę obrazoburczą, która jednych zszokowała, innych zniesmaczyła. Kiedy na zlecenie kardynała Contarelli ten młody, bezkompromisowy artysta maluje św. Mateusza, wybucha skandal.

Sprawa miała miejsce ok. 1600 roku, a rozpoczęła się, w momencie, w którym Caravaggio przyjął zlecenie udekorowania kaplicy Contarellich rzymskiego kościoła San Luigi dei Francesi. Zakupiona przez kardynała Contarelli kaplica przyozdobiona miała być scenami z życia jego patrona, czyli św. Mateusza. Na zamówiony u Caravaggia cykl składały się trzy prace przedstawiające sceny z życia apostoła: Powołanie świętego Mateusza, Męczeństwo św. Mateusza oraz Św. Mateusz i anioł, która to stała się przyczynkiem całego zamieszania.



Chociaż w Piśmie Świętym próżno szukać opisu tego, jak wyglądał Chrystus czy apostołowie, w sztuce od zawsze funkcjonowały pewne kanony, których powielanie niejednokrotnie ograniczało wyobraźnię i wolność artystyczną twórców. Niespełna 30-letni wtedy Caravaggio, artysta niezwykle odważny postanowił stworzyć pracę przełamującą dotychczasowe reguły. Maluje więc św. Mateusza w sposób absolutnie genialny, ale… „po swojemu”.



Malując zamówiony obraz Caravaggio starał się zapewne wyobrazić sobie scenę, w której prosty, stary i spracowany celnik nagle musiał napisać księgę. I to księgę nie byle jaką, ale mającą nieść Słowo Boże przyszłym pokoleniom. Namalował więc św. Mateusza bardziej przypominającego prostego chłopa niż natchnionego duchowego przewodnika. Uwagę zwraca przede wszystkim krępa, muskularna sylwetka piszącego oraz wyraz skupienia i wysiłku na jego twarzy, notabene niebezpiecznie przypominającej twarz Sokratesa. Św. Mateusz pędzla Caravaggia zdaje się być niepiśmiennym, ubogim starcem, którego anioł prowadzi za rękę, gdy ten próbuje stawiać pierwsze litery. Święty nie ma tu ani aureoli, ani powłóczystej szaty. Uwagę zwracają za to bose, zakurzone stopy. Dzięki zastosowanej tu technice światłocienia potężna postać apostoła dodatkowo kontrastuje z drobnym aniołem.

Kiedy Caravaggio dostarczył swój obraz do kościoła, gdzie miał zostać umieszczony, ludzie byli zgorszeni tym, co zobaczyli. Artysta musiał więc namalować tę pracę raz jeszcze. Tym razem postanowił nie ryzykować i pozostać przy bezpiecznych regułach i utartym wizerunku świętego.



W 1602 roku znowu maluje więc tę samą scenę, jednak tym razem św. Mateusz przedstawiony zostaje jako myśliciel, w długiej dostojnej szacie. Tym razem nie zabrakło także aureoli, a odwiedzający go anioł komunikuje się z nim za pomocą symboli. Co ważne, w pierwszej pracy zgorszenie budził nie tylko sam wizerunek świętego, ale poufałość pomiędzy nim a aniołem. Dlatego też na drugim płótnie Caravaggio podkreśla dystans pomiędzy obiema postaciami. Choć i tym razem postać anioła Zamawiającemu do gustu nie przypadła, a artyście zarzucono nieumiejętność przedstawiania aniołów w locie, ostatecznie poprawiona praca w kaplicy zawisła, a odrzucone płótno zakupił markiz Marchese Vincenzo Giustaniani.

W 1851 roku jego potomkowie sprzedali obraz berlińskiemu muzeum Cesarza Fryderyka, jednak w 1945 roku zostało ono nieodwracalnie zniszczone. Drugą wersję pracy oglądać można do dziś w kościele św. Ludwika Króla Francji w Rzymie. Cóż... niby to nadal Caravaggio, ale taki jakby mniej prawdziwy.
Trwa ładowanie komentarzy...